MENU
Nasza Szkoła

Wyróżnieni absolwenci


Rok ukończenia:
Wybierz klasę:
Po zjeździe z okazji 60-lecia szkoły.
KLIKNIJ aby powiekszyc!

            
Zdjecie grupowe uczest zjazdu

Pamiątkowe zdjęcie uczestników zjazdu absolwentów przed szkołą.
Fotografia: Andrzej Lidzki
Osoby chętne do kupienia zdjęcia mogą się skontaktować z autorem pod numerem telefonu: 089-7413943
POWRÓT

MOI NAUCZYCIELE - wspomina Agnieszka Bogobowicz (Alicka) absolwentka roku 1971
Profesor Krupiczowicz
Profesor Frydryszak
Profesor Frydryszak

MOI NAUCZYCIELE


Skończył się semester na Uczelni, więc zanim sprawdzę napisane przez studentów egzaminy, postanowiłam wspomnieć swoich nauczycieli. Z pewnością miałam wiele szczęścia spotykając nauczycieli, dzięki którym zarówno wykonywanie pracy zawodowej może przynosić efekty i radość, jak i czas wolny łatwo jest wypełnić zainteresowaniami.
W minionym semestrze, z powodu remontu budynku naszego wydziału (Matematyczno - Przyrodniczego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego), prowadziłam zajęcia między innymi w budynku Wydziału Psychologii. Grupy na tym wydziale bywają liczne, więc zdarzało się studentom pożyczać krzesło lub dwa z mojej sali. Przypomniało mi to często zabawne sytuacje z naszego liceum, kiedy ciągle brakowało nierozpadających się krzeseł. Brak ten nie wynikał jedynie z ówczesnego wyżu demograficznego i z naszych temperamentów, ale glównie z innych przyczyn. Chcąc spokojnie uczestniczyć w lekcjach, koledzy z mojej klasy (klasy Profesor Krupiczowicz) podkradali krzesła z klasy Profesora Sobczyńskiego, co zwykle kończyło się reprymendą Profesora skierowaną do mnie: "Agnieszko, ty jako starościna powinnaś nie dopuścić do zabierania krzeseł z mojej klasy". Muszę przyznać, że umiejętność sprawnego kierowania dużymi grupami ludzi rozwinęłam znacznie pózniej. Myślę, że dopiero w Kanadzie, gdzie nauczałam około stuosobowe grupy studentów, a odpowiedzialność wobec świata nie pozwalała na nadmiar tolerancji.
Wszyscy pamiętamy i szanujemy Profesora Sobczyńskiego. Ja zawdzięczam mu swoją miłość do matematyki. To on uczynił dla mnie matematykę nie tylko łatwą ale też interesującą, kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej, na zastępstwie, omawiał przykłady odkrywania rzeczywistości z wykorzystaniem matematyki. Tak więc w pierwszej klasie Liceum, a podzielono nasze klasy na muzyczne i plastyczne ( w języku uczniowskim: śpiewające i rysujące), nie zaakceptowałam braku Profesora Sobczyńskiego jako nauczyciela matematyki. W końcu tak jakoś się stało, że moją klasę, czyli klasę B, Profesor Sobczyński także nauczał. Zajęcia fakultatywne, wprowadzone od trzeciej klasy liceum, zostały przez niego tak poprowadzone, że chyba nikt z nas nie miał problemu ze zdaniem egzaminu na uczelnię. Mnie samej udało się zdać wszystkie egzaminy na piątki, a były to egzaminy z matematyki, fizyki i języka rosyjskiego.
Profesor Woźny w pewnym momencie chyba zrozumiał moją nadmierną skłonność do abstrakcyjnego myślenia i dołożył starań, abym nauczyła się też jednostek, za co jestem mu wdzięczna.
Profesor Krupiczowicz prowadziła lekcje z języka rosyjskiego zarówno starannie w sensie wymaganej w programie wiedzy, jak i potrafiła rozbudzić zainteresowanie literaturą. Nie było to proste w czasach naszej niechęci politycznej do Wschodu. Na szczęście we mnie ta niechęć nie przeniosła się na kulturę Wschodu.
Wiele innych przedmiotów, także tych, z których nie musiałam zdawać egzaminów na uczelnię, wspominam jako dobrze prowadzone, a też urozmaicane osobowością i wiedzą ogólną nauczycieli.
Profesor Frydryszak, zawsze świetnie przygotowany, wkraczał energicznie do klasy z dziennikiem i książką lub książkami. Zawsze będę mu wdzięczna za wiedzę o języku polskim i o literaturze, także tej spoza lektur obowiazkowych.
Profesor Morek z charakterystyczna łagodnością potrafił wyegzekwowac od nas wiedzę i zachęcić do ciekawej chemii. Jego uśmiech był potrzebny w bardzo nieraz urozmaiconych warunkach społecznych.
Profesor Tissler borykał się ze szczególnie trudnymi w owych czasach warunkami nauczania jezyka angielskiego. Telewizory nie chcialy mu w tym pomagać. Tak więc na lekcjach nasza wymowa brzmiała często zabawnie, co nas, Jolę i mnie siedzące poniżej katedry, doprowadzało do sztubackiego chichotu. Profesor Tissler widząc łzy w moich oczach (wynik tłumionego śmiechu) bywało, że szczerze się przejął.
Profesor Białokoz prowadził lekcje biologii jak symfonię. Żałuję, że zajęta przygotowaniem do swojej matury i egzaminów z potrzebnych mi przedmiotów, nie dałam sie zachęcić do obszerniejszej wiedzy z biologii.
Profesor Kowalczyk była zawsze wymagająca i serdeczna, co wyróżniało ją w mojej pamięci wśrod nauczycieli historii. Z pełnym zrozumieniem dla mojej niechęci do nauczenia się historii pewnego okresu potrafiła bardzo umiejętnie tę wiedzę ode mnie wydobyć.
Jest takie powiedzenie na kontynencie amerykańskim, które wypowiedziane o nauczycielu staje się wielką nobilitacją, często ważniejszą niż oficjalne nagrody. Mówi się tam : " He (or she) made a difference in my life". Tak właśnie chciałabym powiedzieć o nauczycielach, których powyżej wspominam: " Oni uczynili moje życie wartościowszym".
Agnieszka Bogobowicz, dawniej Agnieszka Alicka, absolwentka w roku 1971.
POWRÓT

SPOTKANIA PO LATACH 4B 1972

Drodzy Młodsi Koledzy i Koleżanki!


Z przyjemnością odnalazłam Waszą stronę po wpisaniu do wyszukiwarki "LO Mrągowo"! Najpierw się przedstawię: Elżbieta Dawid, obecnie Uklejewska, rok ukończenia szkoły 1972, kl. IV B,wychowawczynią naszą była pani mgr Alicja Kowalczyk.
Ja ukończyłam Uniwersytet Gdański, Wydział Ekonomiki Transportu Morskiego i od tamtej pory mieszkam i pracuję w Gdyni.

Tak, to już 33 lata minęły w tym roku, kiedy opuściliśmy szkolne mury...
Klasa IV B, rocznik 1972, to była, ( każdy Wam to powie) i jest, wyjątkowa klasa!!! Lista nazwisk absolwentów jest na Waszej stronie i zapewne wiele z nich utkwiło w pamięci naszych rówieśników i grona pedagogicznego. Nic tak nie integrowało klasy jak zajęcia poza lekcyjne, wspólne wycieczki, wykopki ziemniaków w PGR Boże czy sadzenie lasu. Swoją drogą chciałabym zobaczyć tamte drzewa posadzone przez nas wtedy...
 

Pierwsze zdjęcie na molo w Sopocie to maj 1969 roku, wycieczka do Trójmiasta, wtedy chyba wielu z nas po raz pierwszy poznało smak morskiej wody...
W drugiej klasie byliśmy na wycieczce w Warszawie, to zdjęcie na Rynku w maju 1970 r. Druga od lewej to nasza wychowawczyni, prof. Alicja Kowalczyk a piąta z prawej to prof. geografii, Zenobia Domagalska. Później było jeszcze wiele wspólnych wypadów, zdjęcie trzecie to piknik żeńskiej części klasy w pobliskim parku, zdjęcie czwarte to wycieczka rowerowa z prof. fizyki, Januszem Woźnym, wtedy nikt nie wybrzydzał na chleb z dżemem na śniadanie.
 

Czas płynął i do matury pozostało już tylko 100 dni, zaproszenia pisało się wtedy na maszynie, czy ktoś ich jeszcze dzisiaj używa? Zdjęcie ze Studniówki to jedno z ostatnich wspólnych zdjęć i cisną się na usta słowa poety: "Życie nas woła, żegna nas szkoła i wiatr napełnia już żagle, żegnaj swawolna, młodości szkolna, wszystko się stało tak nagle..."
Dziś rozrzuceni jesteśmy po świecie od USA po Nową Zelandię, od Krakowa po Gdynię i od Wrocławia po Węgorzewo a jednak udało nam się znowu spotkać, tamte więzy przetrwały i po 24 latach spotkaliśmy się po raz pierwszy w roku 1996 r. na 50-leciu Liceum.
Od tamtego pierwszego spotkania zorganizowaliśmy nasze klasowe Zjazdy Absolwentów już 5 razy.
Spotkania zawsze rozpoczynamy w naszej dawnej klasie na I piętrze, kiedyś był to Gabinet Historyczny. Oglądamy Kroniki Liceum nie tylko z dawnych lat, znamy także późniejsze i obecne osiągnięcia i wydarzenia z życia szkoły. Jest z nami jak zawsze nasza wychowawczyni, do której już dzisiaj mówimy "Alu", ona odczytuje zawsze listę obecności jak za czasów szkolnych... Nie wszyscy z nas doczekali tych chwil, odwiedzamy groby naszych kolegów i koleżanki, którzy już nie żyją, naszych pedagogów, profesorów Sobczyńskiego i Tisslera.
Potem jest czas na wspomnienia, zabawę, śpiewy i tańce do rana. Mamy bardzo bogatą dokumentację z tych spotkań, załączam kilka zdjęć do ewentualnego wykorzystania. Ich autorem jest w większości Andrzej Staśkiewicz, nasz klasowy fotograf.
Wszystkie informacje i zdjęcia mogą być wykorzystane na stronie szkoły.

Łączę pozdrowienia i do zobaczenia na obchodach 60-lecia naszego Liceum!
Elżbieta Uklejewska-Dawid
POWRÓT

Spotkanie po latach.
W sobotę 10 września br. odbyło się spotkanie koleżeńskie absolwentów Liceum Ogólnokształcącego w Mrągowie z roku 1965 z okazji 40-lecia matury. Na zjazd przybyło 20 absolwentów. Część koleżanek i kolegów przybyła z małżonkami. Łącznie uczestniczyło w zjeździe 30 osób, w tym dwoje Profesorów.
Spotkanie rozpoczęło się mszą św. w Kościele Św. Wojciecha odprawioną przez naszego kolegę szkolnego ks. Kazimierza Sawostianika. Z kościoła udaliśmy się do szkoły, gdzie lekcję wychowawczą poprowadzili w zastępstwie zmarłych wychowawców śp. Zygmunta Białokoza i Zygmunta Frydryszaka Pani Prof. Janina Frydryszak i Pan Prof. Edmund Januszewski. Ze szkoły udaliśmy się na cmentarz, gdzie złożyliśmy kwiaty na grobach śp. Profesora Bernarda Tisslera i Piotra Sobczyńskiego. Po chwili zadumy pojechaliśmy do hotelu na Jaszczurczej Górze, gdzie przywitał nas melodią "Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień, ..." nasz kolega klasowy Jurek Krassowski. Po bardzo miłym i sympatycznym, które zakończyło się nad ranem, uzmysłowiliśmy sobie, że nikt nie opowiadał kawałów. Wszystkie rozmowy zaczynały się: a pamiętasz ...
Obiecaliśmy sobie ponowne spotkanie za rok - z okazji 60-lecia Szkoły. Miejmy nadzieję, że także będzie.
  
relację przygotowali:
Danuta Włodarczyk zd. Kozioł i Andrzej Kwaczek
POWRÓT

RELACJA ZE SPŁYWU 1951/1952
Sorkwity, poczatek splywu
Na trasie
Niski stan wody na rzece Krutyn
Omijanie mielizn
Mielizny byly powaznym problemem
W kolejce po jedzenie
Spływy kajakowe w 1951 i 1952 roku.
Splyw kajakowy 1951_52

Nazywam się Kurt Jabłoński, jestem ojcem Huberta, który zdał maturę w I LO w 1982 roku.
Zdjęcia te są dla mnie cenną pamiątką z dwóch spływów kajakowych z Sorkwit do Mikołajek. Cenną, bo w tych latach mało kto miał aparat fotograficzny. O fotografii kolorowej nie słyszeliśmy jeszcze. Kajaki własnymi siłami transportowaliśmy z BAZY przy ulicy Szopena 4 na dworzec kolejowy. W wagonie bagażowym jechały do Sorkwit, gdzie zanosiliśmy je z dworca na brzeg jeziora. Na własnych plecach nosiliśmy też całe wyposażenie biwakowe i osobiste.
To samo robiliśmy też po zakończeniu spływu w Mikołajkach, czyli transport z nad jeziora na dworzec kolejowy, a w Mrągowie z dworca do klubu.
Na pierwszym spływie nie mieliśmy w ogóle namiotów. Spaliśmy obok kajaków na "materacu" z gałęzi lub w stodołach za zezwoleniem właściciela. Na szczęście nie padał wtedy deszcz. Na drugim spływie mieliśmy już namioty 2-osobowe, oczywyście bez podłóg, w których spały przeważnie 3-4 osoby.
W kajaku woziło się oprócz rzeczy osobistych elementy biwakowe. Niewygodnie było wozić np. aluminiowe garnki do gotowania potraw. Część pieniędzy na zakup żywności zarobiliśmy sami urządzając w szkole (SP Nr 1) loterie fantowe i sprzedając zebraną przez nas makulaturę. Jedzenie było jednostajne: chleb, marmolada (była w małych skrzynkach), kasza manna, płatki owsiane, makaron na gęsto z odrobiną mięsa z konserwy lub z cukrem, herbata lekko słodzona. Nie było kiełbasy, mięsa czy tłuszczu, np. oleju. Na Krutyni złowiliśmy sporo linów, więc jedliśmy rybę gotowaną i wędzoną, oczywiście przez nas. Tu też wieczorem łowiliśmy raki poinstruowani przez miejscowego chłopca co do metody połowu.
Posiłki przygotowywała dla wszystkich wyznaczona na każdy dzień służba kuchenna. Po swoją porcję ustawialiśmy się w kolejce. Nie było absolutnie mowy, żeby ktoś w międzyczasie dożywiał się z wożonego prowiantu. Służba szorowała też garnki z sadzy, żeby nie brudził w w kajaku. Garnki szorowano też za przewinienia. Wodę do gotowania braliśmy przeważnie z jezior lub rzek, chyba, że w pobliżu biwaku była studnia lub pompa. Woda była czysta i nikt nie chorował. W czasie wiosłowania pragnienie gasiło się "jezioranką" zaczerpniętą z boku kajaka. Nie było jeszcze butelek plastykowych z napojami.
Na trasie były jeden lub dwa spływy. Nie było wyznaczonych miejsc do biwakowania. Wybierało się dogodne miejsce, tzn. żeby można było lekko kajaki na brzeg wyciągnąć i żeby w pobliżu było suche drewno, bo gotowało się na ogniu. W nocy była warta zmieniana co godzinę. Przed ciszą nocną na apelu ustalono, kto kogo i o której godzinie budzi. Zegarek był tylko jeden, naszego nauczyciela. Nie było co prawda potrzeby pilnowania, ale chodziło hartowanie ciała i ducha. Likwidując biwak obowiązywała żelazna zasada: zostaw miejsce w takim stanie, w jakim chciałbyś je zastać; żadne walące się odpady (były zakopywane), niespalone drewno gromadzono w jednym miejscu dla następnych biwakowiczów, ogień skrupulatnie ugaszono (grożba pożaru).
Nie było radia, nie było komórek. Rodzice wiedzieli, że jesteśmy na spływie i kiedy wrócimy. Siłą rzeczy nie mieliśmy z nimy łączności. Oni nie wiedzieli, gdzie konkretnie jesteśmy.
Komentarz: Kurt Jabłoński

Zbiorka
Ach jak przyjemnie
POWRÓT